sobota, 12 września 2020

Klub jesieniar 2020 - podcast o przyjemnościach jesieni

 

Posłuchaj odcinka ,,Klub jesieniar 2020" na Spotify oraz YouTube. Lub skorzystaj z transkrypcji poniżej!

Odcinek podcastu Magda nadaje - ,,Klub jesieniar 2020"

Cześć, słuchacie Magda nadaje, podcastu nadawanego prosto z Austrii. 


Są takie rzeczy, na które jak się patrzy, to wywołują - a przynajmniej u mnie, takie przyjemne uczucie ciepełka, spokoju i wszystkiego, co miłe i futrzaste. Tak jakby się przytulić do ciepłego, pachnącego sweterka. Albo przykryć się świeżo wypranym kocykiem, gdy robi się zimno i ten moment, gdy się rozgrzewamy jest taki błogi. Wiec stwierdziłam, że zrobię dzisiaj taką listę rzeczy, które akurat wpadną mi do głowy, które się z takimi uczuciami wiążą. Dlatego, że zbliża się jesień i ja już jestem absolutnie gotowa na całą tą falę hygge, która przyjdzie wraz z nową porą roku. Dlatego wskakujcie, rozgośćcie się, a przede wszystkim szybko wkładajcie palec do budki, bo właśnie rozpoczęły się moje oficjalne zapisy do klubu jesieniar i jesieniarzy 2020 i jeszcze nie jest za późno, by odkryć tą absolutnie błogą przyjemność na przykład nie ruszania się nigdzie z domu, gdy pada. Ale o reszcie opowiem wam zaraz.


I żeby jeszcze nadać odpowiedniego tonu temu odcinkowi, to dawno temu na fali popularności tego całego hygge kupiłam tę znana książkę o tym samym tytule, z tą śliczna białą okładka z niebieskimi świeczkami. I już samo przeglądanie zawartości było przyjemnością sama w sobie. Bo były tam różne, takie przyziemne przyjemności i zdjęcia - jak świeżo upieczony chleb albo właśnie ciepłe skarpetki, gdy się wraca z sanek. I nie chcę tu brzmieć jakbym miała 70 lat, ale czasem mam wrażenie, że takie opatulenie się, żeby było miło i cieplutko sprawia mi więcej radości, niż wychodzenie do miasta i spotykanie się z ludźmi. Nie mówię, że w ogóle nie sprawia mi to przyjemności, ale jednak... mniej. 


A dygresja na miły początek jest jeszcze taka, że jak byłam w gimnazjum to modne były dwie rzeczy - nie noszenie czapek i krótkie kurtki. I jak o tym teraz myślę, to mnie trzęsie. Trzęsie mnie nie tylko z głupoty ale też z zimna jak wyobrażę sobie wyjście na dwór bez czapki i w krótkiej kurtce. Moja jeszcze nie była taka całkiem krótka, kończyła się przed tyłkiem. Ale pamietam, że niektórym na przystanku autentycznie było widać brzuch. To jest totalnie anty hygge i na szczęście przeszłam na dobra stronę mocy. Wydaje mi się, że trochę pomógł mi w tym ten rok w Szwecji o którym cały czas gadam. I wiem, że możecie sobie pomyśleć: ,,o Boże już przestań o tej Szwecji gadać, byłaś tam rok i się uspokój”. Ale przysięgam, że rok tam, to jak 10 lat w jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Nic nie zmieniło mojego podejścia do ciepłego i WYGODNEGO, przede wszystkim, ubioru jak właśnie Szwedzi. Mówiłam już o tym w odcinku „cóż, że ze Szwecji” i zapraszam was tam serdecznie. Ale ich zamiłowanie do grubych skarpet wystających z butów, w ogóle jeszcze NACIĄGANIA tych skarpet jeszcze na spodnie, do grubych kurtek puchowych które kończą się prawie na kolanach i czapek rożnej maści, do rękawiczek takich dzierganych, w ogóle nierówno! Ma być ciepło i wygodnie, a wszystko to okraszone jest jeszcze gorącą kawką i bułeczką z cynamonem. To jest życie. 


Skandynawski, ciepły sweter - przyjemność jesieni

Wiec pozostając w temacie - marzy mi się taki prawdziwy, skandynawski sweter z wełny. Jak mieszkałam w Szwecji to przysięgam, chyba każdy taki miał. I te swetry były noszone cały sezon. Zima? Sweter. Jakieś wyjcie? Sweter na koszulę. Chłodny wieczór latem? Sweter. I to musi być taki prawdziwy, lokalny sweter a nie taka podobnie wyglądająca podróbka z H&M, czy innej sieciówki. Niestety pamiętam trudne zderzenie z rzeczywistością, jak zobaczyłam ile takie swetry tam kosztowały. I ja rozumiem, że płaci się za niesamowitą jakość na lata, czyjąś pracę, za to ze ktoś wyszedł przed dom i golił te owce i inne alpaki. Ale na tamten czas wydanie tysiąca złotych - MINIMUM. Powtarzam MINIMUM. Bo ceny oscylowały często nawet w okolicy 1500 albo więcej, to była granica nie do przeskoczenia. Jedyne czego się boję w zakupie takiego swetra to to, że będzie gryzł. Wiem ze jest takie ryzyko. Nigdy nie zapomnę, jak mama zrobiła mi przepiękny, miętowy sweter jeszcze w podstawówce i on gryzł mi kark tak niemiłosiernie, a mi było tak przykro, bo przecież spędziła tyle czasu na robieniu go a ja potem nie chciałam go nosić, pomimo, że był śliczny. 


Przytulne zimno Skandynawii

I jak myślę o tych skandynawskich swetrach, to mam w głowie te dzikie renifery i całe zamarznięte jeziora, zorze polarne, zmarzniete nosy i ciepłe bułeczki. Przy okazji nic mnie tak nie drażni jak to, że niektórzy ludzie mówią ZMAŹNIĘTE zamiast zamarznięte. Straszne to jest. 

Ale wracam do tematu. A więc ten klimat Laponii... Mało się to ma do aktualnych zim w Graz, bo nawet w górach na stokach ciagle chodzą ostatnio dodatkowe śnieżarki produkujące sztuczny śnieg. Ale to moja wizja, mój podcast i mogę sobie to tak właśnie wyobrażać. Ten śnieg i choinki. No i sweter. Póki co mam wełniane skarpetki z Norwegii. I alpacze - już z Austrii. I to są najlepsze skarpetki na świecie. Przysięgam. Nie ma lepszych. Są tak grube i cieplutkie, że wybrałam się kiedyś na górska wędrówkę zimą, przemokły mi buty, a skarpetki nadal były suche a stopy ciepłe. Co się normalnie nie zdarza, bo ja mam ciagle zimne stopy i ręce. Dlatego śpię w skarpetkach. 


Świąteczna scena z filmy Harry Potter - magiczne hygge 

Inną totalnie przyjemną, cieplutką i miłą rzeczą jest scena z filmu Harry Potter z tej pierwszej części, ze świąteczną wielką salą. Tam też mają ekstra sweterki, chyba od mamy Rona, takie burgundowe, w kolorach Gryffindoru, z żółtą literką na przodzie. I one są ekstra, zawsze mi się podobały. Ale cała ta scena świąteczna to jest coś tak przyjemnego, że ja bym chętnie zobaczyła w ogóle cały film tylko w takiej świątecznej scenerii. Jak sobie siedzą przy kominkach i jedzą te czekoladowe żaby i piją piwo kremowe. Swoją droga zawsze marzyło mi się, żeby go spróbować. Bo w mojej głowie ono smakuje jak taka śmietanka z przyprawami korzennymi. I jak cała ta sala jest przystrojona świecami. No BAJKA. Poezja. To nie tylko jest hygge, ale to jest magiczne hygge. Już nie wspominając nawet o pięknej muzyce. 


Ciepła łazienka w domu - przyjemność jesieni

Inną wspaniałością jest łazienka u mojej mamy w domu. I to jest trochę śmieszne, dlatego że ta łazienka jest dość mała i zawsze trochę narzekalysmy, że mogłaby być trochę większa. Ale ona moim zdaniem jest idealna z prostego powodu - jest tam cieplutko i bardzo szybko się nagrzewa, jak się robi kąpiel. Tak, że wychodząc z wanny nie trzęsie się człowiek jak galareta, tylko jest idealnie. Mieszkałam już niestety w wielu miejscach i za każdym razem trafiałam na zimne łazienki. I jedno mieszkanie miało tak absolutnie zimna łazienkę, że ona nie tylko się nie nagrzewala NIGDY, to jeszcze panowały w niej tak arktyczne temperatury ze wychodząc spod prysznica nie było tam już nawet żadnej pary wodnej. Jedyna parą jaka się wydobywała to była z moich ust, taka jak się stoi na dworze i się udaje, że się pali. MASAKRA. Wizja tej łazienki będzie mnie prześladowała do końca życia bo przez to miałam pierwszy raz anginę. Próbowałam to miejsce nawet jakoś rozgrzać, na przykład puszczając trochę gorącej wody zanim weszłam pod prysznic, żeby nie było tak strasznie, ale niestety nie pomogło. Na szczęście nie pomieszkałam tam długo, a to traumatyczne doświadczenie pozwoliło mi w 100% docenić łazienkę u mamy. 


Jak przychodzi się czasem takim zmęczonym i zmarzniętym do domu. Albo jak przylatuje do domu po długiej podróży i idę się kapać. To najczęściej wychodzi się takim totalnie rozgrzanym, że aż ma się czerwone policzki. I wtedy mama mi zawsze przynosi, jak to mówi „ciepłe kapucie” i choć zazwyczaj nienawidzę nosić kapci w domu. To wtedy to jest takie dopełnienie całości. Wisienka na torcie tej całej przyjemności. Najczęściej dostaje takie śmieszne brązowe puchate, one są bardzo mięciutkie. 


I teraz moja łazienka nie jest zimna. Ale to NIE JEST TO. Niedługo się przeprowadzam, więc pierwsze co zrobię, nawet jeszcze nie będę zwoziła żadnych rzeczy do nowego domu tylko zrobię taki wieczorny kamping. Wezmę ze sobą materac i śpiwór i pójdę się kąpać, żeby przetestować stopień przyjemności i poziom nagrzewania się nowej łazienki. Mam bardzo wysokie oczekiwania. Jak widać. 


Za duże bluzy do noszenia po domu - mega przyjemność

Kolejną rzeczą są za duże bluzy. I tu kwestia wydaje się być jasna i klarowna, ale to nie takie proste. Nie wszystkie bluzy działają tak samo i nie wiem tak naprawę od czego to zależy. Na przykład mam u mamy w domu taką zwykłą, biała bluzę z kapturem i ona absolutnie nie nadaje się do zaszczytnego grona bluz hygge. Mogę ją nosić po domu i to nie jest to. ALE! Jest tam też taka arcy stara, żółta bluza z ,,Fruit of the Loom". I ostatnio jak byłam w domu to ciagle w niej chodziłam, nawet spałam w niej kilka razy. Nie wiem co w niej jest, ale jest fantastyczna. Moja mama jej nie lubi, bo mówi że jest stara i znoszona, ale może to jest właśnie klucz do sukcesu. Podobnie jak u mnie w domu. Kupiłam sobie jakiś czas temu taką różowa bluzę i ma z tylu napis „self love” i całą listę rzeczy, które sprawiają radość (jak np. picie herbatki). Bardzo fajny koncept swoją drogą. Uważam, że to idealna bluza domowa. ALE nie ma tego czegoś. Co ma to coś, to stara bluza mojego chłopaka, która jest zarówno na niego przykrótka, a na mnie za duża o jakieś 7 rozmiarów. I TA BLUZA MA TO COŚ. Że chce się ją narzucić na siebie jak jest zimno, chce się ją nosić po prysznicu i gdy się robi śniadanie. Gdy trzeba kogoś tylko szybko podrzucić samochodem - to właśnie ta bluza byłaby tym, co wybiorę. Na pewno wiecie, o czym mówię. A jak nie, no to… mi przykro. 


Idziemy dalej.


Klub jesieniar 2020 - wasze odpowiedzi

Zapytałam na instagramie o to, kto chce dołączyć do mojego tegorocznego klubu jesieniar i ku mojej uciesze, sporo z was poczuło w sobie już ten jesienny zew. Dlatego zapytałam was jeszcze, co cieszy was w jesieni najbardziej. I teraz przeczytam wam kilka odpowiedzi:


,,Długi ciepły sweter, wełniane skarpetki, kakałko, ukochany pies i mąż. I tak w 3 na jednej kanapie, my czytamy, piesio posypia. Ideolo”


,,Uwielbiam słoneczne jesienne popołudnia i czytanie w parku”


,,Zdecydowanie spokojny wieczór z książką, świeczką, kocykiem i ciepłym kaloryferem lub kominkiem”


,,Najlepsze jesienią są te dni, gdy jest jeszcze 30 stopni”


,,Rozłożony koc na podłodze, świeczki, poduszki i pizza! A potem serial, rzecz jasna”


,,Moje urodziny w październiku - a tak to chyba nie będę oryginalna: książka, Netflix, kocyk, gorąca czekolada… do kompletu przydałby się jeszcze mój chłopak. Mieszka w Austrii a ja w Polsce. I pies rasy chow chow. A co do insta - obowiązkowo fotki z liśćmi i jakaś herbatka rozgrzewająca”


,,Nasze jesienne żarcie - ciepły kisiel jako przekąska, budyń z owocami leśnymi na kolację. I zawsze kocyk i owocowa herbatka przy książce czy telewizorze”


„Zbieranie kasztanów z chodnika, wpychanie ich do każdej możliwej kieszeni, a potem miętoszenie w palcach”


„Herbatka z miodem i cytryną, ciepła kąpiel z pianką. Oczywiście skarpety frotowe na nogach do spania i kocyk przed telewizorem. I jeszcze najcieplejsze, najbardziej milusie papciochy na świecie” - tu chciałabym wtrącić, że widziałam zdjęcie i potwierdzam, że są ogromne i puchate. 


„Kocham świecie, mnóstwo świec oraz klimacik Halloween z racji, że mieszkam w Anglii jest to bardzo popularne, ale ja lubię Halloween takie ładne, delikatne ze smakiem, nie takie okropne straszydła. Rok temu miałam piękna świeczkę o zapachu dyniowym i ona była taka pomarańczowa, a z czarnego brokatu były pięknie narysowane, np. czarownice na miotłach” 


WSPANIAŁE były te odpowiedzi i dziękuję wszystkim jesieniarom, które podesłały mi te swoje drobne radości. I zauważyłam, że jest kilka rzeczy, które są wspólne i przewijały się w większości. I jakbyśmy miały na przykład zrobić komuś taki jesieniarski prezent. To oprócz zapewnienia tej osobie takiego absolutnie spokojnego wieczoru bez żadnej troski, tak żeby można było się właśnie trochę polenić na kanapie, to w tej paczce koniecznie znalazłyby się: świeczki, kasztany, mięciutkie papucie, puchaty kocyk, fajna książka albo najlepiej jeszcze opłacony Netflix. A do ręki powinno się podać z jednej strony herbatkę z cytryną, a z drugiej taki właśnie budyń. Można rzucić jeszcze komuś kasztana. 


Dawno temu w internecie był taki popularny pomysł na podryw „na kasztana”, że rzuca się komuś kasztana pod nogi, podnosi i pyta „czy to Twój kasztan?” A reszta już jest historią. Więc jeśli słuchają mnie jakieś jesieniary singielki to to może być faktycznie wasz sezon. Trzeba szukać kasztanów. 


Idealne świeczki dla jesieniar - jakich unikać? 

A jeszcze wracając do tematu świeczek, to nic nie nadaje takiego klimatu w domu, jak właśnie jakieś różne zapalone cuda. Nie ważne, czy małe podgrzewacze, czy jakieś duże świeczki. W domu lubiłam jeszcze zapalać tak zwany kominek, czyli podgrzewacz a nad nim ustawiony taki malutki czajniczek z wodą, do którego się wlewa różne olejki zapachowe i pachnie tym przepięknie w całym domu. Trzeba tylko pamiętać, żeby po pewnym czasie dolać wody, bo inaczej wszystko się osmoli. Mój ulubiony zapach to na zawsze, od zawsze: cytryna z wanilią. Ciężko go dostac ale to jest wspaniałe. Albo ewentualnie te woski zapachowe - najładniejsze są te takie „czyste” o zapachu świeżego prania, nowego kocyka i tak dalej. 


Ale ostatnio, głównie po tym jak mi te słynne świeczki Yankee Candle oczadziły ścianę łazienki to zaczęłam trochę czytać na ten temat i niestety wnioski nie są bardzo pozytywne. Bo raz, że trzeba zawsze otworzyć okno choć na chwilę po paleniu świeczki - czego w sezonie jesienno-zimowym nie robię. To dwa, że dotarło do mnie, że składniki większości świeczek są totalnie paskudne. Że tak naprawdę oprócz tego, że wizualnie jest wszystko cacy, to wdychamy dosłownie paliwo. I wszystkie inne toksyny, o których można pomyśleć. Wiedziałam, że istnieje coś takiego jak świeczki z wosku pszczelego, ale oprócz tego, to nie miałam jakiegoś wielkiego doświadczenia. Więc dowiedziałam się, że istnieją na przykład świeczki SOJOWE! i inne świetne alternatywy. Więc moim planem na ten sezon jesienny jest to, że wypalę jeszcze moje świeczki do końca - używam ich też czasami na balkonie. A potem do domu będę starała się kupować takie z lepszym składem. Wiec jeśli ktoś będzie chciał mi dać taką paczkę jesieniary, to przyjmuję tylko eko świeczki. 


Odwoływanie planów - jesienny raj dla introwertyków

Co jeszcze jest wspaniałe w jesieni to możliwość bezczelnego odwoływania albo przekładanka planów BO PADA. Bo jest brzydka pogoda. Nie chcę tutaj zabrzmieć jak jakiś totalny dzik - swoją drogą posłuchajcie odcinka „jak być dzikiem”, bo idealnie wpasowuje się w jesienny klimat odwoływania planów. Ale bardzo lubię spędzać czas sama. Zajmować się swoimi rzeczami, swoimi książkami, podcastami i wszystkim, co przyjemne. Kocham podróże, góry i przygody i często zdarza mi się latać gdzieś dookoła i żyć aktywnie. Ale zawsze potem, dla balansu potrzebuję takiego czasu wyciszenia. I tak jak kiedyś chodziłam ja intensywny kurs niemieckiego 4 razy w tygodniu, to był dla mnie absolutny DRAMAT. Nie dlatego, że nie miałam ochoty się uczuć, ale to uczucie, gdy już jesienią albo zimą wracałam do domu zmarznięta i zjadłam coś i już robiło mi się tak cieplutko i przyjemnie i byłam gotowa już kończyć ten dzień, a tu nagle trzeba było znowu wychodzić, jechać do miasta i jeszcze te zajęcia wieczorem trwały do 9. DRAMAT i jeszcze raz dramat. 

Dlatego jesienią, gdy się czasem coś zaplanuje, jakiś spacer w mieście i inne cuda, a już wiemy, że znowu zrobiliśmy te plany gdy mieliśmy swietny humor i byliśmy uchahani a teraz wolelibysmy jednak zaszyć się do nory, niż iść - to zdarza się, że nasze modły zostają wysłuchane i zaczyna padać, kręci się jakaś totalna burza i wtedy pada to pytanie czy może jednak spotkamy się innym razem. I trzeba tam napisać wtedy, że nooo tak, szkoda, następnym razem. Ale w duchu już tańczą wam iskierki radości bo oto można zostać pod kocykiem. Znacie to? 


Comfort foods - czyli co smakuje najlepiej jesienią?

A inną rzeczą, która jesienią cieszy 5 razy bardziej to są takie wszystkie bardzo ciepłe, najczęściej jednogarnkowe potrwawy. Jakieś takie gulasze, leczo, coś rozgrzewającego. Nie jestem największa fanką zup ale jak myślę o jesieni to zjadłabym zupę grochową mojej mamy,  do której zawsze robi takie fantastycznie chrupiące grzanki na maśle z białej bułki. Ale sobie smaka narobiłam. 

I oczywiście wszystkie wypieki smakują wtedy lepiej. I jak o tym myślę, to przecież smak pozostaje ten sam niezależnie od sezonu. Wiec jak to jest, że taka bułeczka cynamonowa latem jest ok, a jesienią i zimą to jest wręcz DOŚWIADCZENIE? 

Wtedy cale to ciepło piekarnika, te swetry, zapach bułeczek i ten smak; wszystko to się komponuje ze sobą jakoś inaczej. A nie jak latem, gdy jest gorąco w domu, człowiek się poci a tu jeszcze jak buchnie ogniem piekielnym z otwartego piekarnika to nie wiadomo co robic - czy pocić się w tym skwarze, czy wyjść na balkon, ale jak się go otworzy to paradoksalnie zrobi się jeszcze gorącej. Ahhh... to nie to samo. 


Kawa dla jesieniaary

Powiedziałabym jeszcze: Pumpkin spice latte czyli kawa z syropem dyniowym i przyprawami, ale mam mieszane uczucia. Już kiedyś wspominałam, że tu w Graz kultura picia kawy to trochę inny swiat- nie ma tu też Starbucksa. Więc na wszystkie takie wymysły patrzy się trochę z przymrużeniem oka i tak naprawdę to najczęściej takie rzeczy nie są nawet dostępne. Za to w kawiarniach często znajdzie się z boku takie miejsce, gdzie można sobie samemu czegoś dosypać i tam zawsze oprócz cukru znajdzie się cynamon, czasem jeszcze kardamon i kakao. Więc jak ktoś już bardzo musi, to może sobie tam sam zrobić odrobinę bardziej jesienną wersje swojego cappuccino. Ale chyba naprawdę jeszcze nie spotkałam się u nas w mieście z takimi jesiennymi rarytasami kawowymi. 

Raz kupiłam taką słynną przyprawę, bo chciałam spróbować zrobić taką kawę w domu. Ale czego nie zauważyłam to to, że to była przyprawa do ciasta dyniowego i kawa wyszła normalnie OSTRA. Nie polecam. 


Za czym nie tęsknię jesienią

Poza tym; jak nagrywam właśnie ten odcinek to siedzę przy stole w pokoju biurowym, popijam w międzyczasie kawkę z mojej słoiko szklanki ze szklaną słomką - słyszycie? i na oknie, na tej zewnętrznej rolecie sieci CHRABĄSZCZ. Nie wiem, żuk. Jeśli słucha mnie jakiś ekspert od zukow i chrabaszczy to pewnie zna różnice - ja niestety nie. To jest taki dziwny owad, obrzydliwy jak taki mutant pomiędzy jakaś stonka a chrabąszczem majowym. Jest taki dziwnie płaski i to jest coś co znam tylko z Austrii. Nigdzie wcześniej nie widziałam takiego robactwa i one normalnie są wszędzie. Na balkonie, na roletach, siedzą jak takie glusie. Ani jakoś szczególnie nie latają. Ale są obrzydliwe. Austriacy mówią na nie „Stinkkäfer”, czyli śmierdzące żuki. Podobno jeszcze na domiar złego śmierdzą. Nie wiem. Ale ja mam fobię całego robactwa i doprowadza mnie to coś do szewskiej pasji. Ale jesienią ich nie ma. Zimą ich nie ma. Czekam aż to nastąpi. 


Jesień ma niestety różne oblicza i czasem zdarza się taka obrzydliwa, mokra, chlapa, fuj. Ale czasem jest przepięknie, słonecznie i można zbierać kasztany, robic bukiety ze złotych liści. I takiej jesieni nam w tym roku życzę drogie jesieniarki z mojego klubu JESIENIAR. Ale panowie jesieniarze też są oczywiście mile widziani, można przychodzić ze swoimi kasztanami. 


Mam nadzieję, że spędziliście miło czas słuchając dzisiejszego podcastu. Może sobie ktoś prasował, może jechaliście samochodem. A może słuchaliście mnie w domu. Gdziekolwiek by to nie było, mam nadzieję, że już przymierzacie się do cieplutkich, jesiennych wieczorów i że będzie wam milutko. 


Słuchaliście Magda nadaje, odcinka w którym witaliśmy jesień. 

W szkole słyszałam, że Magda to ta, która dużo nadaje. Teraz nadaję do was aż z Austrii i o wszystkim tym, co nie daje mi w nocy spać, o miłości do gór, owsianego mleka i cynamonowych bułeczek. I o tym, jak bardziej, lub mniej, odnajduję się za granicą.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Masz pomysł na kreatywną współpracę ze mną?

Skontaktuj się ze mną
Magda nadaje
Graz, Austria

Archiwum bloga