wtorek, 22 września 2020

Moja dzika fantazja - odcinek podcastu o tym, co mnie ostatnio drażni


Transkrypcja odcinka mojego podcastu pt. ,,Moja dzika fantazja". Posłuchacie go na Spotify


Cześć, słuchacie Magda nadaje - podcastu nadawanego prosto z Austrii. A dziś także, po wielkich przebojach - nadawanego przez nowy mikrofon. 

I do dzisiejszego odcinka zainspirowało mnie samo życie. Które w ostatnim czasie, przynajmniej u mnie, przypomina kompletny chaos. Ale podobno nie powinno się zaczynać od takiego negatywnego podskoku. Więc pogadamy też o czymś, co sprawia, że to życie staje się odrobinę bardziej kolorowe. I jest to fantazja. Fantazja różnej maści i w dzisiejszym odcinku podzielę się z wami moją. 


Fantazjować można na różne tematy - w końcu ogranicza nas tylko nasza wyobraźnia. I nie ma nic złego w oderwaniu się od wszystkiego na chwilę i pofantazjowaniu o tym, że wsiada się do swojego Maseratti i odjeżdża w siną dal. Ale moja fantazja, a raczej fantazje różnią się odrobinę od tego. I dziś wam o nich opowiem. A co. To mój podcast, więc mogę dzielić się z wami wszystkim, nawet tym, co pochodzi z głębi serca. Więc teraz usiądźcie wygodnie a ja opowiem wam, co sprawia, że robi mi się ciepło na serduszku. 


Wyobraźcie sobie mnie w jakimś biurze, gdzieś gdzie są też inni, ważni ludzie. Załóżmy że pracowałam nad swoim projektem od dłuższego czasu, dopieszczałam go, edytowałam trzydzieści razy. No już lepszy nie będzie, już lśni tym projektowym blaskiem, tą nowością, pachnie pieniędzmi. Po czym prezentuję go jakimś bardzo ważnym ludziom i słyszę, że logo jest za małe, że to jest nie takie, tamto jest nie takie, a w ogóle to dlaczego by tego wszystkiego nie zaprojektować od nowa. I ta bardzo ważna osoba w mojej fantazji wymienia wszystko to, co w ich mniemaniu powinno być mniej w rodzaju roku 2020 a bardziej w stronę internetu lat 90, co powoduje u mnie drgawki. Ale wysłucham to w spokoju, w końcu to moja fantazja. Wstanę, odłożę laptopa na bok, podejdę do tej bardzo ważnej osoby, tak wiecie, bardzo blisko, nachylę się nad uchem i powiem…


NIE ZESRAJ SIĘ.


Ahhhhhhh. 


Po tym wspaniałym starcie jesteście gotowi by wskoczyć ze mną do dzisiejszego rondelka myśli przeróżnych i misz-maszu, który tlił mi się w głowie w ciągu tego tygodnia, gdy próbowałam się odnaleźć w totalnym chaosie. Do tego wagonika wszystkiego, co doprowadza mnie ostatnio i nie tak ostatnio do szewskiej pasji. Więc wskakujcie, zajmujcie miejsce i ruszamy bez trzymanki w stronę wyrzucenia z siebie tego wszystkiego, co mi się ostatnio nazbierało. Pozostaje mi teraz mieć nadzieję, że wy odnajdziecie się teraz w chaosie moich myśli, ale postaram się wyłożyć wam to pięknie na talerzu. A z nowym mikrofonem mam nadzieję, że nawet jak nie nadążycie, to chociaż sobie posłuchacie w końcu czystego dźwięku, w którym nie mlaskam. Taką mam nadzieję. 


Ale zacznijmy od początku, nakreślmy tej fantazji jakieś ramy. I czasowe i logiczne. Bo o co mi tak naprawdę chodzi? 


Należę do tego dziwnego grona osób, które nie traktują pracy, jako sensu życia, ani nawet nie postrzegają siebie przez pryzmat pracy. Być może byłoby inaczej, gdybym na przykład na co dzień ratowała życia, czy zwalczała przestępczość - co było moim zamiarem. Ale na chwilę obecną jedyne co mogę uratować to kiepski projekt graficzny. 

I czasem wydaje mi się, że to jest aż nadto. Bo ludzie oczekują, że będzie im się, oczywiście - czytało w myślach. Bo jakżeby inaczej.
Ale nie zrozumcie mnie źle, bycie grafikiem przypadkiem spełniło moje marzenie o pracy w kreatywnym zawodzie. Połączyło w sobie wszystko to, co z przyjemnością robiłam od zawsze, co dłubałam dniami i nocami dla własnej przyjemności. To trochę tak, jakby dostać złoty bilet do fabryki Willy’ego Wonki, gdy nawet nie kupowało się czekolady. Albo jak dostanie 7 nuggetsów z kurczaka, gdy w zestawie jest tylko 6. Czyli - jest super. 


W ciągu ostatnich sześciu miesięcy miałam to ogromne szczęście i absolutną przyjemność odkrycia uroków pracy zdalnej i w ciągu moich czterech graficznych lat jeszcze nigdy nie byłam tak wyspana, wypoczęta, zadowolona i pracująca o poranku z pełnym żołądkiem. W końcu jem regularne śniadania i mogę zabrać się za pierwsze maile z korekturami popijając przepyszną kawkę na swoim balkonie. Czego chcieć więcej? Tak więc należę do tego zaszczytnego grona osób, dla których czas globalnej pandemii to był jak dar niebios. Jak nagroda! Jakby ktoś powiedział “Magda, słuchaj, wiem, że nie lubisz wstawać rano - oto twoje pół roku, spożytkuj je mądrze”. I tak właśnie - jeszcze - jest! 


Ja, mój laptop, moja kawka, dobra muzyka i wszystkie projekty tego świata. Jeszcze nigdy nie pracowało mi się tak dobrze i przyjemnie. Zaczęłam nawet tworzyć mnóstwo nowych rzeczy, na które wcześniej nie miałam już ochoty, ani czasu. Bo nie oszukujmy się, że po 8 godzinach wytężania mózgu i próby stworzenia czegoś wyjątkowego z absolutnie banalnej ulotki, czy banneru to nie lada wyzwanie. I nie zawsze chciało mi się spędzać kolejnych kilku, by tylko zaspokoić swoje własne poczucie estetyki i stworzyć coś, pod czym chętnie podpisałabym się rękoma i nogami. 


Bo dogodzenie czyjemuś poczuciu estetyki to jest wewnętrzna walka sama w sobie. Z jednej strony chcę się uprzeć, tupnąć nogą i powiedzieć: ,,Nie! Ja tu jestem grafikiem, ma być tak, a nie inaczej, tak jest symetrycznie, tak zachowany jest balans!”, a z drugiej strony wiedząc, że będzie mnie to kosztowało tylko dodatkowe nerwy, zaczniemy wprowadzać tyle poprawek, aż dojdziemy do punktu wyjścia i w efekcie końcowym projekt i tak będzie wyglądał tak, jak życzy sobie tego klient - a w międzyczasie oprócz nerwów stracę też czas. I czy to jest tego warte? Po 4 latach mogę powiedzieć, że absolutnie nie. Dlatego z uśmiechem na ustach tworzę wszystko według wytycznych i absolutnie nie obchodzi mnie to, że projekt z estetycznego, minimalistycznego dzieła stał się wizytówką internetu z lat 90 - w którym wszystko krzyczy, a logo jest, naturalnie - większe! To swoją drogą zmora wszystkich grafików. Zrób większe logo i usuń całą tą wolną przestrzeń. Aż mnie trzęsie na samą myśl. 


Dlatego teraz, siedząc w domu, nie przejmuję się już niczym. A jak zaczynam się przejmować, to idę na balkon wychillować, najczęściej przechodzi po kawie. A jak nie przechodzi to jeszcze mogę wstawić pranie. Idealnie. Multitasking w wersji domowej. Bo nic nie sprawia mi większej radości, niż pracowanie samej. Samej jak palec. Na co dzień siedzę sama w biurze i strasznie mnie to bawi, bo jeszcze będąc w szkole, czy na studiach, gdy ktoś mnie zapytał o to, jak chciałabym pracować, to zawsze odpowiadałam - SAMA. No ale spotykało się to najczęściej tylko z uśmiechem, bo jak to, sama? Tak się przecież nie da. W większości zawodów albo trzeba dzielić z kimś biuro, pracować w grupie, w jakimś oddziale, albo też współpracując z większą, czy też mniejszą grupą ludzi. Tu mi się udało. Przypadkiem jak zawsze. 


Dlatego wszystkie te grupowe prezentacje w szkole, czy na studiach to był dla mnie taki dyskomfort. Nie dlatego, że uważam, że ja robię wszystko lepiej, niż inni. Ale dlatego, że spokojne skupienie myśli pozwala mi na większą dokładność i na większą przyjemność z tego, co tworzę. Nie chcę latać za kimś i prosić się o zrobienie wstępu, czy zakończenia. Wolę siedzieć nad czymś dwa razy dłużej, ale zrobić coś sama i się nauczyć, niż się kogoś prosić. Co jest trochę zabawne, gdy o tym myślę, ale właśnie dokładnie tak nauczyłam się swojego drugiego, aktualnego zawodu. Nikt ze znajomych nie potrafił mi pomóc, gdy potrzebowałam czegoś graficznego jakieś milion lat temu, jeszcze za czasów oranżady za 50 groszy w sklepiku osiedlowym. Więc zaczęłam kombinować sama. I oto jestem. 


Ale pomimo tego, że kocham pracować sama i zachowywać swoje wewnętrzne fengshui zdarza się, że ktoś mi ten misterny plan burzy, przeszkadza, irytuje i karze nanosić poprawki tam, gdzie ich nie potrzeba. I tak jak mówiłam, uważam, że nie ma sensu się złościć i uparcie stawiać na swoim. Ale czasem marzy mi się, żeby rzucić takie piękne, soczyste “pocałuj mnie w dupę”. Jak to z siebie wyrzuciłam to już mi lepiej. 


Dlatego skoro dziś mówimy już właśnie o takich fantazjach wszelakich, z których wyrzucamy z siebie coś, co tam gniło od dłuższego czasu, to powiem wam, że - oczywiście w granicach rozsądku, czasem warto jest właśnie powiedzieć prawdę, niż w sobie coś dusić. Tylko oczywiście nie w taki sposób jak w mojej fantazji. Niech to zostanie fantazją. Ale wiecznie godząc się na to, co ktoś mówi o naszej pracy, o nas, czy czymkolwiek, co nas dotyczy - i nie reagując na to, co negatywne, to jednocześnie dajemy komuś przyzwolenie na kontynuowanie. Nasze milczenie jest wtedy zupełnie jasnym komunikatem. Zupełnie jakbyśmy stali na środku drogi z wielkim znakiem w kształcie tej białej strzałki na niebieskim tle i mówili “jasne, jedź dalej, kontynuuj”. Nie mówiąc nie, to trochę tak jak byśmy wykrzykiwali “tak”. I to ma przełożenie na różne kwestie w życiu. 


I dziś opowiem wam właśnie o kilku rzeczach, które mnie doprowadzają do szału i co do których chciałabym wykrzyczeć wielkie “NIE”. A taki mam dziś właśnie humor na ponarzekanie. Ostatnio skupialiśmy się na wszystkim tym, co przyjemne w jesieni - dlatego dziś zrobię wyjątek. I kto wie, może niektóre z tych rzeczy siedzą na sercu również wam. Więc ja je w tym odcinku wykrzyczę za was. Nie ma za co.


I zacznę od historii z mojego życia, w której właśnie dosłownie wstałam i krzyknęłam nie. I to będzie historia z morałem. Więc zapraszam. 

Wszystko zaczęło się na, ostatnim roku licencjatu i ta historia łączy w sobie wszystko to, czego nie znoszę. A więc na jednych z ćwiczeń trzeba było przygotować prezentację na jakiś temat. Już nie pamiętam, co to dokładnie było, ale wiem, że to zdecydowanie nie był mój konik. Powiedzmy, że były to, nie wiem, bezpieczeństwo na drodze. Przygotowałam swoją prezentację trochę na ostatnią chwilę i nie miałam co do niej najlepszego przeczucia, czym też podzieliłam się z koleżanką z mojej grupy, z którą wtedy trzymałam się dość blisko. Nazwijmy ją JUDYTA, bo nie znam żadnej Judyty i nikt się nie obrazi. A więc Judyta miała zupełnie inny temat od mojego, ale twierdziła, że przygotowała się całkiem dobrze. No i całe szczęście, powodzenia. Ja zaprezentowałam moją, ona zaprezentowała swoją - warto dodać, że to były kompletnie odrębne prezentacje, tematy, nie było tu żadnej pracy grupowej. 


Wykładowca zanotował sobie oceny i powiedział, że przekaże nam listę na kolejnych zajęciach i że osoby, które uzyskają od czwórki w górę będą zwolnione z bardzo obszernego egzaminu. Podczas gdy cała reszta będzie musiała go pisać. Trudno, mówi się. Już nastawiłam się mentalnie na ten egzamin i temat w moim przypadku był zakończony.


DO CZASU. 


Aż okazało się, że fantastycznym zrządzeniem losu jednak moja prezentacja przypadła wykładowcy do gustu, ale Judyty już mniej. Bo ja dostałam czwórkę, a ona trójkę. Co, jak już wspomniałam - znaczyło, że ja byłam zwolniona z egzaminu, a ona nie. I LUDZIE, co to była za draka. Że jak to? Jak to ja dostałam ocenę wyżej? Przecież mówiłam, że nie byłam dobrze przygotowana i to jest niesprawiedliwe! 


Na co odpowiedziałam, że bardzo mi przykro, że jej się nie udało, ale że przecież nie zrobiłam tego wbrew jej, żeby nie wiem - ją zranić. Jakie to w ogóle absurdalne. Ale po prostu, najwidoczniej, moja prezentacja była dobra, nawet jeśli ja nie czułam się do niej zbyt pewnie. I logicznym rozwiązaniem byłoby po prostu o tym zapomnieć, cieszyć się szczęściem koleżanki, a w przypadku Judyty przełknąć to i ruszyć dalej. ALE NIE. 


I się zaczęło. Przeżywanie, wzdychanie, dumanie, a CZEMU TO MAGDA dostała czwórkę a ja nie. A bo Magda ma czwórkę. I narzekanie, zrzędzenie każdej możliwej osobie z roku i z grupy. BO MAGDA dostała czwórkę. Kurde, dziewczyno, przecież to nie tak, że oszukiwałam, no trzeba się z tym pogodzić, że czasem tak bywa. To, że myślałam, że poszło mi kiepsko nie jest równoznaczne z tym, że zasługuję na nie wiem. Wywalenie mnie z uniwerka, albo conajmniej DEPORTACJĘ. Ale w jej mniemaniu chyba właśnie tak. 


I teraz hit - Judyta uzbrojona w najważniejszy ze swoich argumentów w postaci “bo to nie fair” poszła do wykładowcy na SKARGĘ. I tu moment, za który szanuję tego wykładowcę dozgonnie, bo z tego, co wtedy powiedziała: wytłumaczył jej na spokojnie, dlaczego uważał moją prezentację za lepszą i zaproponował, że zada jej kilka pytań, żeby umożliwić jej wskoczenie na wyższą ocenę. Judyta się zgodziła i tu niespodzianka - okazało się, że nie znała odpowiedzi na żadne pytanie, wykładowca się wkurzył i powiedział jej, że jej zachowanie jest poniżej poziomu - skoro przychodzi na skargę to sama powinna chociaż być przygotowana. I że ma wyjść, ciesząc się, że jeszcze nie obniży jej za to oceny bardziej, niż ma. 


KURTYNA, panie i panowie. A raczej tak mogłoby się wydawać, bo rozwścieczona jak żuk rzeczny Judyta nakręciła się jeszcze bardziej i gdzie nie poszłam, to słyszałam tylko “A BO MAGDA MA CZWÓRKĘ” i naprawdę znosiłam to spokojnie. Wiecie, jak Mnich z nienaruszoną taflą wody, czy jak to tam się mówi. Ale coś we mnie pękło, zaczęło drgać mi oko, zamknęłam laptopa z impetem, wstałam i powiedziałam, a raczej wykrzyknęłam: “ZAMKNIJ SIĘ WRESZCIE, BO JUŻ NIE MOGĘ CIĘ SŁUCHAĆ!”. I tak moi drodzy zakończyła się moje usłane różami koleżeństwo z Judytą, bo nie mogła przełknąć tego, że miałam lepszą prezentację i że miałam prawo w ogóle nie zgadzać się z tym, jak się do tego odnosiła.
I można by rzec, ok, faktycznie, może trochę przesadziłam i nie musiałam tak na niej naskoczyć. Może i racja. Ale z drugiej strony, czy to, że ktoś nie rozumie swojego błędu i błędów w swoim zachowaniu musi znaczyć, że ja muszę siedzieć potulnie? Bo rozmowa wcześniej nic nie dała. Judyta do końca roku była przekonana, że jestem winna wszystkich możliwych grzechów. Ale już mnie to nie obchodziło.

Raz, że zadawanie się z kimś, kto nie potrafi traktować nas tak, jak sami chcą być traktowani, to totalna strata czasu. Dwa, że takie dziecinne zachowanie powinno zostać w piaskownicy. A trzy - no cóż, przynajmniej wyrzuciłam z siebie to, co się tam tliło. Czy żałuję? Absolutnie nie. 


I choć w życiu nie zawsze możemy sobie pozwolić na podobny ruch - albo inaczej: nie zawsze powinniśmy. To wiem, że zarówno ja i Ty i wszyscy dookoła nas mamy czasem podobne myśli. By wstać, zatrzasnąć laptopa i wyjść. Rzucić długopisem, zabrać kurtkę i zatrzasnąć drzwi. Ale nie zawsze warto. Czasem w ogólnym rozrachunku możemy więcej stracić, niż zyskać. Być może wylejemy z siebie te negatywne emocje jak zepsuty keczup. Ale podstępne w dorosłości jest to, że czasem nawet mając rację, można przegrać, gdy powie się za wiele. Reputacja w pracy, w środowisku, w świecie - to tak absurdalna rzecz, że czasem lepiej wziąć głęboki oddech i powiedzieć “ok”, choć wewnętrznie jesteśmy już gotowi do dyskusji.


Bo są takie rzeczy które wkurzają, ale nie tak strasznie żeby wszystko rzucić. Trochę jak reklamy w spotify - jestem w stanie je znieść byle by nie płacić każdego miesiąca za pakiet premium, bo nadal dostaję od nich wystarczająco rzeczy, które mnie uszczęśliwiają, a na pojawiające się co jakiś czas reklamy jestem w stanie przymknąć oko. Bo są tylko małym procentem całości. W pracy i w życiu jest czasem podobnie. Dlatego wiele rzeczy jestem w stanie puścić płazem, jak to mówią, dosłownie “olać ciepłym moczem”. Moje nerwy są wartości złota - nie warto tego tracić. Ale gdyby nasze życiowe Spotify zamieniło się w pasmo reklam przerywane czasami fajną piosenką… No cóż, jeśli tak jest u kogokolwiek z was, to mam dla was złą wiadomość. Pora z takiego miejsca pracy, czy etapu życiowego zawijać wrotki. Życie ma być jak darmowy Spotify, dużo muzyki i trochę reklam dla balansu. Słuchajcie, po tej metaforze oczekuję już telefonu od samego Paulo Coehlo. 


Ale nasz wagonik złości rusza dalej i teraz przenosimy się w czasie do dnia dzisiejszego. Choć ta zawiła historia ma już swoje korzenie w ostatnich dwóch tygodniach. Jakiś czas temu dostałam w pracy nowego laptopa, bo mój poprzedni ma już 4 lata i nie ukrywajmy - czas jego życia już przeminął, pora odejść. Potrzebuję szybkiego i niezawodnego sprzętu, bo jak coś mi się ładuje 10 sekund za długo, to drga mi oko, bo już bym chciała coś innego eksportować w międzyczasie, a nie mogę. Uroki pracy w grafice - ma być szybko, sprawnie, a same pliki ważą czasem tyle, że mój komputer jakby mógł to by odleciał przy wszystkich tych wiatrakach chłodzących, które chodzą w tym samym czasie. 


I w końcu nastąpił ten dzień, dostałam ślicznego, nowego i mniejszego laptopa, bo poprosiłam o takiego, który mieściłby mi się do plecaka. Ale sielanka nie trwała długo, bo oto właśnie nowy sprzęt kompletnie zaczął odmawiać posłuszeństwa i witał mnie słynnym Blue Screenem za każdym razem, gdy próbowałam włączyć Photoshopa. I dla tych anty technicznych już wyjaśniam, że Blue Screen to taki totalnie krytyczny błąd komputera. A więc moje ostatnie dwa tygodnie wyglądały tak - próbuję pracować, BACH, blue screen, zawożę komputer do informatyka do innego biura jakieś 20 kilometrów dalej, czekam, odbieram, znowu nie działa. I historia zatacza koło jakieś 70 tysięcy razy. Dobra przesadziłam. Ale tak z 7. 


Nie wiem czy znacie to uczucie, gdy macie ogrom pracy i próbujecie się z tego odkopać - i macie wszystko, czego potrzeba do wykonania zadania. I czas i cierpliwość i umiejętności. A tu nagle PAM PAM sprzęt nie działa, błąd, no ni dy ry dy. I gdy tu już próbowałam poradzić sobie z uczuciem absolutnej furii, to na dokładkę, na rodzynkę do tego sernika podrzucam wam teraz standardowe teksty, które usłyszałam od działu IT. Jesteście gotowi? A było to “dziwne, u mnie działa”, ,,no nie wiem dlaczego tak jest” i ,,u mnie działało”. Ludzie. Ja chyba nawet nie chcę się dalej w ten temat zagłębiać bo zaczniemy kręcić się jak ten chomik w kołowrotku tych wszystkich złych myśli, które mentalnie wysyłałam w tamtym kierunku. Ale jednocześnie przyniosłam im tam paczkę czekoladek, bo wychodzę z założenia, że czekolada na linii frontu jest w stanie nam pomóc. Jak - tego jeszcze nie wiem. Ale nie zaszkodzi. 


Jedziemy dalej z tym wariactwem. Coś, co chciałam już powiedzieć dawno temu, ale nie wiedziałam jak to kulturalnie ubrać w słowa. Więc nadszedł ten dzień, w którym powiem to wprost - a będzie teraz o instagramie i innych mediach społecznościowych. I moje pytanie i prośba jednocześnie jest następująca: czy wszystkie influencerki muszą ciągle wstawiać zdjęcie z pół gołymi dupami? Wybaczcie, chciałam to ująć ładniej, ale nie wiedziałam jak. Bo jak to powiedzieć? Przepraszam, czy możecie zakryć ZADKI na zdjęciach, na których reklamujecie owsianki?

Naprawdę jestem w stanie docenić czyjeś piękno i kunszt dobrego zdjęcia, ale dlaczego z większości z nich musi wyskakiwać jakaś DUPA? Influencerka czyta książkę? Wypina do tego tyłek. Robi kawę - tyłek. Je owsiankę - tyłek. Siedzi na pomoście - tyłek. W dodatku często to są dla mnie tak anatomicznie niezrozumiałe pozy, że zaczynam się zastanawiać, czego to jest reklama. Czy to ta owsianka, czy nie wiem, zakład kręgarski zaprzyjaźnionego fizjoterapeuty? Słyszałam, że na bóle kręgosłupa dobra jest joga, rozciąganie. Nie wiem, może trzeba te informacje trochę puścić w świat. 


Czy się trochę czepiam? Pewnie tak, ale nie rozumiem tych wizji artystycznych i nie rozumiem zamysłu autorek. W mojej kontrowersyjnej opinii jest to absolutnie zbędne. Ale ta myśl pasowała do mojego dzisiejszego odcinka, w którym wszystko z siebie wyrzucam, więc niech zostanie. A skoro o ciałach mowa, to przechodzimy do mojego osobistego, dzisiejszego faworyta - czyli TOKSYCZNEGO KOMPLEMENTU. 


Toksyczny komplement da się wyczuć na kilometr. Ale już wam mówię, co to jest w moim mniemaniu. To taki tekst wypowiedziany przez mniej lub bardziej znajomą wam osobę, który ma totalnie podwójne znaczenie i tak negatywny wydźwięk, że nie tylko źle się z tym czujecie, nie wiecie jak naprawdę na to zareagować a potem jeszcze przez długi czas zostaje wam w głowie i go rozkminiacie. Coś w stylu rozprawki “co autor miał na myśli”. A że ta osoba wypowiada ten toksyczny komplement z uśmiechem na ustach, to w pierwszej chwili wydaje się, że ktoś jest taki miły i uroczy, a my sobie coś dopowiadamy. A OTÓŻ NIE. I ja was i siebie w tym momencie rozgrzeszam - bo jeśli ktoś mówi nam komplement, po którym źle się czujemy, to nie odbiorca wiadomości jest temu winny, tylko nadawca. Mam dla was dwa super przykłady z mojego życia. Zaraz sobie to wszystko przeanalizujemy. 


Sytuacja numer 1 eksponat A. Sytuacja w biurze. Siedzę sobie spokojnie z 2 koleżankami, wypowiadałam się tylko na temat projektu. Po krótkiej ciszy jedna z nich wypala do mnie dokładnie takim tonem, jak teraz powiem: “Ścięłaś włosy, prawda”. Na co odpowiadam zgodnie z prawdą “tak”. Trochę mnie to zaskoczyło, bo ścięłam jakieś kilka centymetrów na prosto, tak jak zawsze i sama bym chyba nawet nie zauważyła różnicy. Ale czekajcie na moment kulminacyjny. Koleżanka pyta “mama Cię ścinała?”. W tym momencie przelatują przez moją głowę myśli wszelakie, próbuję przypomnieć sobie kiedy ostatni raz mama ścięła mi włosy, chyba w październiku 95-go. Odpowiadam “Dlaczego mama miałaby mi ścinać włosy? Byłam u fryzjera”. Ale lokomotywa toksyczności poleciała już poza skalę. Koleżanka mówi “ale byłaś u fryzjera w Polsce, a nie tutaj”. I już mi ręce opadły, wiec pytam “Tak, byłam w Polsce u mojej ulubionej fryzjerki. Ale czy coś jest nie tak, że pytasz? Coś mam krzywo?” - na co ona odpowiada “Nie, tak tylko pytam”. 


Kurde, jak mnie takie rzeczy wkurzają, to głowa mała. Moja mama określa takie osoby dumnym mianem “głupie bździągwy”. Coś im się nie podoba, coś nie pasuje, muszą wytknąć, niewiadomo co, ani niewiadomo o co tak naprawdę chodzi. Niby zauważy nową fryzurę ale draży, jak taki kret. O co chodziło? Dalej nie wiem. Włosy były proste i wyglądały super. 


Jakiś czas wcześniej za to dostałam wiadomość od znajomej na instagramie o treści “Co zrobiłaś z brwiami?” Na co, również odpowiadam, że absolutnie nic - bo moje brwi wyglądają tak samo od ostatnich 10 lat.  Coś, co charakteryzuje takie osoby to to, że NIGDY ale to przenigdy nie powiedzą, o co tak naprawdę im chodzi. Myślicie, że dowiedziałam się po co pytała o brwi, albo ta pierwsza o moje włosy? Absolutnie nie. 


Ale toksyczny komplement może być też inaczej zakamuflowany. To może być tak absolutnie przeciągnięte do przesady “ale pięęęęęęknie dziś wyglądasz”, gdy wiecie, że wyszliście tylko do sklepu na chwilę wyglądając jak bezdomny. Albo może to być taki komplement ze szpilką w środku typu “świetnie Ci idzie w życiu! Nooo po tych 7 latach bezrobocia naprawdę wspaniale”. Czaicie ten klimat, ie? 


O rety. Drażni mnie takie coś niemiłosiernie. Ale tak wewnętrznie czuję, że na pewno znacie takie przypadki z autopsji, więc już mi raźniej. 


I powiem wam tyle, że dobrze jest czasem wylać z siebie to wiadro złości. Raz na jakiś czas zrobić sobie takie Katharsis. Czy w podcaście, czy nawijać przyjaciółce przez 2 godziny o tym, co siedzi na sercu, czy chłopakowi, kotu, psu, chrabąszczowi. No komu tam chcecie. To jest totalnie oczyszczające uczucie. Zwłaszcza, jak się tak nakręcicie i okaże się, że ktoś myśli podobnie, albo lepiej - miał tak samo. I człowiek nie czuje się jak to samotne uszko w barszczu, tylko jest od razu raźniej. 


I uważam, że to jest świetna alternatywa dla tego całego GOOD VIBES ONLY w internecie, czyli “wyłącznie pozytywne wibracje”. Nie zrozumcie mnie źle. Dzielenie się tym, co dobre potrafi totalnie napędzić innych do działania, zainspirować i ogólnie wychodzę z założenia, że dzieląc się dobrem, to dobro do nas wraca. ALE osobiście wyznaję bardziej podejście ALL VIBES - czyli wszystkie wibracje. Te dobre, te złe i te pomiędzy. Bo najlepsze rzeczy w życiu docenia się wtedy, gdy ma się jakieś porównanie. Docenię spokojną kawę przy projekcie trzy razy bardziej, gdy mój komputer z pracy nie będzie szwankował i w spokoju wszystko skończę. Docenię wspierającą mnie koleżankę, która jest w stanie stać za mną murem, nawet gdy w jej życiu nie dzieje się dobrze - bo ja wtedy będę też obok dla niej. Docenię proste, piękne ujęcia na instagramie, gdy ich autor uwierzy w swoje umiejętności i skupi się na prezentowaniu treści, której nie musi dodatkowo promować tyłkiem. Docenię spokój i fengshui pracy zdalnej, bo wiem jak ciężko jest się skupić pracując w grupie. I na końcu - docenię prosty komplement płynący prosto z serca pięć razy bardziej, gdy po usłyszeniu go robi mi się miło i nie wraca to potem do mnie jako negatywna myśl. 


Czyli jednak ten podcast miał jakieś ręce i nogi, wbrew pozorom i logiczne podsumowanie. Ale żeby nie rozstawać się dziś w takim humorze i z wyrzutami powiem wam, że usłyszałam ostatnio, że mojego podcastu się miło słucha do pieczenia. Bo podobno miło się przy nim obiera jabłka. Widzicie? I to jest komplement. Strasznie mi się to spodobało. Bardzo lubię czytać od was takie rzeczy. Cieszę się, że mam w sieci takie miejsca, w których mogę być kompletnie sobą, nie podążać za jakimiś wytycznymi, a są takie osoby - znaczy się wy moi drodzy słuchacze, którzy się w tym odnajdują. Razem ze mną. 


Słuchaliście Magda nadaje. Odcinka, w którym już mi trochę przeszły moje złości. 

W szkole słyszałam, że Magda to ta, która dużo nadaje. Teraz nadaję do was aż z Austrii i o wszystkim tym, co nie daje mi w nocy spać, o miłości do gór, owsianego mleka i cynamonowych bułeczek. I o tym, jak bardziej, lub mniej, odnajduję się za granicą.

0 komentarze:

Publikowanie komentarza

Masz pomysł na kreatywną współpracę ze mną?

Skontaktuj się ze mną
Magda nadaje
Graz, Austria

Archiwum bloga